O uczeniu się języków

 

 

Rolą konwersacji jest przede wszystkim stworzenie możliwości i przyjaznych warunków do rozpoczęcia lub rozwijania umiejętności rozmawiania w języku obcym. Im więcej podczas zajęć mówimy tym lepiej, gdyż płynność, swoboda i precyzyjność w komunikacji pojawia się dopiero po pewnej ilości wypowiedzianych przez nas treści.

Dość powszechnie nie docenia się dwu czynników niezbędnych do dobrego opanowania języka angielskiego. Są nimi bogate słownictwo i osłuchanie z angielskim. Przez "dobry" rozumiem poziom umożliwiający rozmawianie z native speakerami na dowolny temat, czytanie książek w tym języku czy oglądanie filmów i dowolnych programów TV dla przyjemności czyli poziom, na którym czynności te już nie wymagają od nas konieczności "przymuszania się" do nich, ponieważ nie sprawia nam już różnicy czy są one w języku polskim czy angielskim. Wiele osób twierdzi, że dobrze zna angielski ale nie czytają na co dzień po angielsku ani nie oglądają niczego po angielsku, gdyż te czynności ze względu na poziom dyskomfortu nie są jednak w ich zasięgu.

Pierwszy z tych czynników - słownictwo. Nie doceniamy często skali słownictwa jakie należy opanować. Angielski jest językiem o stosunkowo prostej gramatyce, ale z kolei bardzo rozbudowanym a przez to trudnym do opanowania słownictwie (i frazeologii). I nie jest problemem tak jak w przypadku chińskiego czy węgierskiego to, że słowa te brzmią jak z Marsa i z niczym się nie kojarzą przez co bardzo trudno jest zapamiętać, bynajmniej. Prawdziwym problemem jest ilość słów i zwrotów niezbędnych by opanować angielski w zakresie umożliwiającym nie „tonięcie w języku, dającym minimalną samodzielność. Chodzi o opanowanie języka angielskiego w zakresie, który daje nam możliwość dalszego doskonalenia go już poprzez samo realne używanie go, do celów praktycznych lub dla rozrywki.

Wiele osób sądzi, że ilość słów rzędu dwu czy trzech tysięcy jest prawdopodobnie wystarczająca do komunikacji. Niestety prawda wygląda tak, że osoba znająca nawet 5 tys. słów (poziom B2/FCE) nie zrozumie z wiadomości TV czy gazecie prawie nic, nie będzie też w stanie "sama z siebie" dobrnąć do 10 strony w żadnej książce wydanej po angielsku (nie mam tu na myśli książek specjalnie spreparowanych dla uczących się angielskiego). Umiejętności konwersacyjne osoby na poziomie "B2/FCE porównywalne są z sześciolatkiem w Wielkiej Brytanii. Żeby być choć minimalnie "atrakcyjnym" partnerem do rozmowy w krajach angielskojęzycznych niezbędny jest poziom ok. 7 tys. słów (czyli mniej więcej C1/CAE). Ale proszę nie załamywać się tym faktem, najczęściej nie doceniamy ile słów już znamy a także tego jak szybko możemy się słów uczyć jeśli będziemy to robić właściwie.

Spotykam się czasami nawet z opinią, że tysiąc czy dwa tysiące słów wystarcza w życiu, np do wyjazdów wakacyjnych, czy do pisania podstawowych maili w pracy. Często zastanawiam się do czego taka, proszę mi wierzyć, szczątkowa znajomość języka może się przydawać. Ale do czego konkretnie? Nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć ani napisać poprawnie, ani często też zrozumiale. Co gorsza ten poziom nie daje nam też możliwości zrozumienia nikogo kto się posługuje tym językiem na poziomie native’a, co najwyżej osób, które same nie są zaawansowane w tym języku. Taki angielski naprawdę nie brzmi dobrze.

Często jestem proszony o rzucenie okiem na czyjeś odpowiedzi na maile po angielsku lub CV pisane samodzielnie. Nie jestem purystą językowym, ale jest to prawie bez wyjątku angielski rąbiący niedobre wrażenie. I nie chodzi nawet o jakość błędów ale ich ilość. Naprawdę dużo jest zdań niepoprawnych i dużo też takich, w których nie do końca wiadomo co chodzi. Trudno się skupić na treści przy tak zniekształconej formie języka. A jest to konsekwencją powszechnego braku dostatecznego kontaktu z realnym angielskim, bez czego przypominamy niewidomych którzy chcieliby wyglądać modnie ale nie mających żadnych punktów odniesienia co do tego na czym to polega, tak jak my ich nie mamy jeśli nie obcujemy z oryginalnym angielskim (np. w postaci angielskojęzycznych filmów, video na YouTubie, stron internetowych, książek czy prasy). Znaczna część tego co powiemy czy napiszemy będzie czymś nieistniejącym w angielskim ale bez kontaktu z językiem w wydaniu native nie będziemy tego wiedzieć. A co do wyjazdów np. do Hiszpanii czy Grecji, zaręczam, do tego by czuć się dość komfortowo na wyjazdach zorganizowanych wystarczy "wykuć" powiedzmy 100 podstawowych słów i 30 zwrotów. Nie ma najmniejszej potrzeby aż uczyć się języka na takie okazje.

Wracając do sedna problemu skuteczny nauczyciel to taki, który zarówno sam potrafi nas nauczyć jak i zmotywować nas do samodzielnego uczenia się dużych ilości słów. Większość uczących się i nauczycieli bagatelizując ten problem, uczy się słów powoli co jest kręceniem się w kółko. Dopiero pokonanie bariery 6 tys.(B2/C1) słów wydobywa nas z tej komunikacyjnej próżni, pozwala stać się pełnoprawnym użytkownikiem tego języka i bycie partnerem w rozmowie dla innych. Dopiero na tym poziomie zaczniemy odbierać angielski jako przyjazne środowisko.

Ale czy można nauczyć się tylu słów w realnym czasie a przede wszystkim zanim się zniechęcimy? Jak najbardziej. Potrzebujemy do tego trzech rzeczy. Po pierwsze dobra znajomość angielskiego musi być naszą osobistą, ambicją na tyle ważną by nauka i kontakt z językiem miały wysoki priorytet w naszym planie dnia. Musimy znaleźć konkretne momenty w naszym grafiku kiedy będziemy używali angielskiego, tak by po pewnym czasie stało się to nawykiem. Po drugie musimy być dobrze zorganizowani i konsekwentni. Po trzecie musimy być elastyczni.

Bardzo często zwracają się do mnie osoby mające śladowy kontakt z angielskim w pracy i poza, którzy tak kierują swoim życiem, że nie ma w nim miejsca ani też szansy na regularny kontakt z językiem. Kilkuminutowa rozmowa po angielsku z szefem lub kimś przez telefon od czasu do czasu czy parę maili w tygodniu to przykłady takiego śladowego kontaktu, który nie ma prawa nas niczego nauczyć.... Dlaczego, ponieważ naszymi partnerami są najczęściej osoby które same są na podobnym lub niewiele lepszym poziomie co nasz. Czasami "sprzedają" nam jakieś nowe słówko czy zwrot, tak jak i czasami "sprzedają" nam swoje błędy i błędne wyobrażenia na temat tego co jest językiem angielskim - bilans takich kontaktów jest bliski zeru.

Inne przykłady kontaktów z angielskim co do których nie powinniśmy się łudzić: krótki artykuł w Internecie, może fragment instrukcji obsługi lub parę linijek tekstu w nowej grze komputerowej czy wsłuchiwanie się w teksty anglojęzycznych piosenek. Taki kontakt z językiem oznacza tempo przyswajania na poziomie około 200-300 słów rocznie a przypomnijmy gdzie powinniśmy szybko dotrzeć zanim nasza niebuddyjska raczej cierpliwość do angielskiego się skończy – minimum 6 tys. Nie bierze się hulajnogi jeśli się wybiera do Tokio.

Załóżmy, że ugrzęźliśmy gdzieś typowo w okolicach 3 lub 4 tysiąca słów (czyli w rejonie takich słów jak: increase, loan, available, permission, courage, rude, edge, confuse, borrow, tear, property, release, demand itp). Oznacza to, że brakuje nam jeszcze kolejnych 3-4 tys słów a w tym również zupełnie elementarnych dla każdego zresztą języka. Podzielmy to co nam brakuje przez 300 słów/rok przy typowym skromnym kontakcie z angielskim, da nam to 13 lat – kogo zatem stać na takie tempo. Może tych, którzy nie są świadomi problemu.

Proszę się rozejrzeć po tej statystyce dla słownictwa języka angielskiego (kliknij tu https://en.wiktionary.org/wiki/Wiktionary:Frequency_lists#TV_and_movie_s...). Czy pogodzilibyśmy się by zrezygnować z używania w swoim własnym języku takich słów jak: zakończony, luty, dotyczyć, niesmaczny, pozdrowić, hodować, cecha/funkcja, odporność, pożegnanie, trudność, hamulec, chodnik, obejmować, przeciwnik, zwalniać, odraczać/odkładać na później, oskarżenie, sensowny, powiadamiać, zastrzyk, zaleta,, skuteczny, ładunek, obrażać itd. A są to słowa z okolic 6 tysiąca.

Jak widzimy twierdzenie, że poziom np 4 tysięcy, czyli mniej więcej First'a (B2), jest w zasadzie wystarczający jest równoznaczne z odpuszczeniem sobie słownictwa, które tworzy rdzeń każdego współczesnego języka. Jeśli chcemy uczyć się języka na serio nie sposób tych faktów ignorować. Czarowanie rzeczywistości superintensywnymi kursami czy magicznymi metodami gdzie się nas zwodzi, że coś można obejść, i że czegoś możemy się nauczyć bez naszego udziału jest drogą donikąd. I nie zmieni tego również kolejny szlif gramatyki. Cokolwiek innego zrobimy niż skupienie się na przyswajaniu słów to i tak nieodmiennie będziemy wracać do punktu wyjścia. Wynika to z obiektywnego i dla nas bezlitosnego faktu, że język angielski jak każdy inny, składa się z wielu tysięcy absolutnie niezbędnych we współczesnej komunikacji słów i zwrotów i przyswojenie ich jest najważniejszym warunkiem dla osiągnięcia sensownego poziomu w opanowaniu go.

Drugim najważniejszym czynnikiem w opanowaniu języka angielskiego jest osłuchanie. Bogate słownictwo i przyzwoite osłuchanie sprawiają, że wszystkie pozostałe problemy z tym językiem przestają nimi być gdyż w dużym stopniu rozwiązują się z czasem same. Osłuchanie tak naprawdę jest wstępnym i niepomijalnym etapem w rozwoju umiejętności mówienia niezależnie czy chodzi o język ojczysty, którego uczymy się we wczesnym dzieciństwie czy język obcy w późniejszym okresie. Tylko dzięki osłuchaniu można mówić płynnie, poprawnie i kompetentnie w danym języku. Jednak zagraniczne wyjazdy wakacyjne, nawet do krajów anglojęzycznych nie mogą tu wiele zmienić z prostej przyczyny, do osłuchania potrzebny jest dłuższy i bardziej intensywny kontakt z językiem.

Osoba chcąca dobrze mówić potrzebuje kontaktu z językiem angielskim w wykonaniu rodowitych Brytyjczyków, Irlandczyków czy Amerykanów, i ważny jest tu poziom wykształcenia tych osób. Taki kontakt daje np. praca lub szkoła (nie chodzi o kursy językowe) w tych krajach. Podobny do tego kontakt, chociaż niestety nieinteraktywny, dają również brytyjskie lub amerykańskie kanały telewizyjne oglądane w wersji oryginalnej (o ile nie są z polskimi napisami), audioksiążki czy videa na YouTubie.

Jaki czas jest potrzebny do istotnego osłuchania? Według mojego doświadczenia w przypadku młodzieży około roku - codziennego minnimum jednogodzinnego kontaktu z oryginalnym mówionym angielskim. W przypadku dorosłych między rokiem a dwoma latami. Niestety bez tego doświadczenia zawsze będziemy dukać, wymyślać niestworzone rzeczy oraz mówić zawstydzająco prosto. Nasza komunikacja będzie zawsze jak „przez szybę”, bez możliwości powiedzenia dokładnie tego co mamy do powiedzenia i tak jak chcielibyśmy.

Proszę też nie wierzyć, że ewentualna wysoka cena kursu może zdjąć z uczącego się konieczność wnoszenia znacznego wkładu czasowego, zaangażowania intelektualnego i emocjonalnego w proces uczenia się. Na szczęście wcale nie oznacza to, że musi być to katorga. Większość osób z branży edukacji językowej jak i sami uczący się zapomina, że jeśli mamy świeże podejście do uczenia się angielskiego to zajęcie to staje się ciekawym zajęciem a nawet świetną zabawą. Może to być jedna z największych przygód w naszym życiu jeśli jesteśmy gotowi robić z angielskiego codzienny, realny użytek. Nie da się ukryć, że w tak poważnych przedsięwzięciach jak przyzwoite opanowanie języka niezwykle liczy się nasz "attitude" i nie chodzi tu o deklaracje ale praktykę.